Gdzieś daleko w Anglii, w dworku Malfoyów, przez okno patrzył mały chłopiec, miał zaledwie 11 lat, na wilgotne, szmaragdowe żywopłoty i smugi deszczu. Całe podwórko było pokryte lekką mgłą, a okno chłopaka było zaparowane od ciepła buchającego z wewnątrz. Dzieciak nie był taki brzydki; miał platynowe ulizane włosy, szare, zimne oczy i bladą cerę. Spojrzał na kalendarz. Tak jak co roku, tyle, że dziś miał rozpocząć naukę w szkole.
'1 Września.'
- Draconie, chodź na dół, na śniadanie. Musimy wcześniej wylecieć, fatalne warunki pogodowe. - rzekł chłodny głos z dołu.
- Super. - mruknął. - Już schodzę.
Chłopak jeszcze przez chwilę patrzył w szary krajobraz. Opuścił szmaragdowo-srebrny pokój. Zszedł po śliskich, marmurowych schodach podziwiając przy tym obrazy 'Starożytnego i Szlachetnego rodu Black' i 'Starożytnego i Szlachetnego rodu Malfoy'. Schody były spore, gobelin również, ale to nie wszystko. Gdaczący portret Abraxa Malfoy'a, dziadka chłopca nie był chętny do rozmów, tylko piał i piał.
- Zwariowało się mu na starość. - Prychnął chłopczyk.
Idąc powoli po schodach podziwiał jeszcze inne obrazy przodków. Niektóre ramy były puste. Nie było to dziwne. Po prostu odwiedzali inne obrazy, w innych miejscach. Na przykład przodek Brutus ma obraz gdzieś tu, w przedpokoju, a ma też w gabinecie Ojca. I w wielu innych miejscach.
- Draco! Pośpiesz sie! - rozkazał mu cieplejszy głos, ale również oschły.
- Już idę mamo, chciałbym się już teleportować. - stwierdził cicho. Nie było wcale miłe chodzić w górę i w dół, za każdym razem te same oczy wlepione w ciebie. Śliskie schody nie raz doprowadzały do upadku. Nie miłe wspomnienia. Gdy przeskoczył ostatni schodek był w kuchni. Kuchnia nie była 'zwykłą' kuchnią.
Podłoga pokryta najprawdziwszym wyszlifowanym marmurem, stół z kantami wielkości, 10 centymetrów, ze szczerego złota, a środek pokryty szkłem w kolorze zieleni. Półki wykonane z wysokiej klasy drewna z marmurowym blatem. No i spora spiżarka, do której drzwi były pod kolor drewna i szmaragdu, panującego w całym domu. A największym ( oprócz lodówki ze srebra ) elementem kuchni był skrzat. Skrzat ten miał na sobie tylko szmatę, a był w istocie wychudzony i przestraszony. Na jednym z wysokiej klasy drewna krześle siedział ten sam chłodny głos. Ten głos był w istocie podobny do chłopaka, tyle, że miał dłuższe włosy, sięgające za ramiona. Oczy były szare i zimne, lecz wtym momencie nie osiągalne do zobaczenia - całe oczy i twarz były zakryte gazetą. Jej tytuł brzmi 'PROROK CODZIENNY'. Na pierwszej stronie można było doczytać takie informacje, jak...
- Jak te parszywe gobliny mogły dopuścić do włamania?! - ryknął mężczyzna, a skrzat jęknął cicho.
- Cicho! Uspokój się, Lucjuszu. - krzyknęła jakaś kobieta siedząca naprzeciw faceta, Była piękna. Naprawdę. Miała bladą cerę i blond włosy, przeplecione długim czarnym kosmykiem. Teraz były spięte w koka i sama kobieta miała na sobie mniej odświętną szatę. - O, Draco, usiądź dziecko, coś długo to trwało.
- Mamo, dlaczego nie mogę zająć sypialni na dole? - zapytał smętnie Dracon siadając na twardym krześle.
Skrzacie dłonie podały mu na złotej tacce tosty z łososiem.
- Narcyzo, dziś przetransportuję nasz dobytek do domu. - stwierdził nie opanowując nerwów Lucjusz.
- Ah, Lucjuszu, nie bądź niedorzeczny, piszą, że nic nie skradziono! - skarciła go Narcyza.
- Co jest? - zapytał chłopak nadgryzając tosta.
- Nic, synku. Po prostu włamali się do banku - powiedziała delikatnie kobieta. - A twój ojciec nie potrafi tego zrozumieć, że N-I-C nie skradzono! - te ostatnie słowa zaakcentowała najbardziej.
- Dość! - ryknął Lucjusz, pukając w stół pięścią, odzianą w czarną skórę. - Zgredku, przynieś nam coś na drogę, wylatujemy.
- Tak szybko? - zapytała ze zdziwieniem żona Lucjusza opierając się o twardawe krzesło. - Dlaczego?
- Takie warunki pogodowe, cud jak dolecimy.
W tym momencie skrzat wdrapał się na blat wyciągając zielone jabłko. Skrzacik poskrzekując wykonał pracę bardzo szybko.
- Jabłko? Serio Mamo?
- Tak, powinieneś zdrowo się odżywiać.
Draco wpatrywał się zawzięcie w jabłko i doznał zachwytu jego zgrabną pozycją i stylem bycia. Złapał dwoma rękami i schował do kuferka. Nie mógł go tchnąć.
- Tato, pytam czysto teoretcznie. - zaczął dzieciak niespokojnie szarpiąc szatę. - Jest jakieś zaklęcie które.. ee.. zapobiega psuciu, gniciu?
TO pytanie zbiło Lucjusza z tropu.
- Zgredku przygotuj NAM miotły. - warknął. - Z tego, co wiem jest jakiś eliksir. Poproś Profesora Snape'a.
- Twojego kolegi?
- Zgadza się, on tam pracuję. Ucz się u niego pilnie. - Uśmiechnął się szorstko Lucek, po czym ruszył do wielkich drzwi wyjściowych na patio.
- Draco, dosiądź miotły, ciężkie warunki, będziesz miał doświadczenie.
- Tato, ja nigdy nie...
- Wsiadaj.
- Lucjuszu, jak możesz.. - zaczęła żona, ale natychmiast umilkła - krople deszczu spadły jej na suknie. - Ahh, Lucjuszu, pojadę z wami.
- Przestań, będzie dobrze. Nie ma tragedii.
- Mamo, spokojnie, będzie dobrze.
- Oh, nie wiem, sama nie wiem. - powiedziała ciszej szturchając głową. Ogród wyglądał pięknie, nawet w deszczu. Wiadome było, iż Narcyza o to nie zadbała, tylko jej skrzat. W sumie to nie wiadomo co by robiła w domu.
- Draconie, dosiadłeś miotły?
- Tak.
- Lećmy.
- Gdzie?
- Na północ.
- Gdzie?
- Yh, leć za mną synu.
I tak oto opuścili dwór Malfoy'ów.
Błagam, kontynuuj bloga. Świetne, oryginalne. Bardzo mi się podoba <3
OdpowiedzUsuńZapraszam do siebie :D
Fajne! Mam do ciebie wielką prośbę. Kontynuuj bloga. Jest oryginalny. Jeszcze nie spotkałam bloga o Draplle :)
OdpowiedzUsuńŻyczę szybkiego powrotu i weny... :)